Po skuterze nadszedł czas na coś mocniejszego. Zapisałem się w tym celu na kurs prawa jazdy i po jakimś czasie zdałem egzamin na kategorię A1. Po poszukiwaniach odpowiedniego motocykla dla mnie znalazłem KTM STING 125. Prawdziwe supermoto. Jedynym problemem była odległość do przebycia w celu jego nabycia( się zrymowało pięknie nawet!). Musieliśmy jechać aż do Zamościa. Tata załatwił przyczepkę i pojechaliśmy Kadetem po nową maszinę!
Podczas jazdy próbnej myślałem, że jadę na Bóg wie czym. Przyśpieszenie w porównaniu do skutera było miliard razy lepsze. Cały roztrzęsiony po takiej przejażdżce podjąłem decyzję „bierzemy!”. Po przyjeździe do domu ściągnęliśmy KTM-a z przyczepy i się okazało, że już nie odpala. W Zamościu odpalał, a u nas na Śląsku już nie. Powietrze inne czy po prostu trupa kupiliśmy. Na całe szczęście okazało się, że akumulator był słaby i już następnego dnia mogłem się przejechać po okolicznej hałdzie.
W terenie niestety z powodu opon nie da się na takim motorze za bardzo poszaleć z powodu drogowych opon, ale dla chcącego nic trudnego. Zawsze można popróbować poskakać na jakichś górkach. Zawieszenie idealnie wybiera dziury i tutaj nie można nic KTM-owi zarzucić.
Czas przejść, a właściwie przejechać się do miasta. Tutaj KTM czuje się jak ryba w wodzie. Przejazdy przez tory tramwajowe, jazda po dziurach, chodnikach to nic trudnego i wykonuje się to bez mrugnięcia okiem. Prędkość maksymalną dzięki baaaaaaaaaaaardzo krótkim przełożeniom można uzyskać już chwilę po ruszeniu ze świateł i mknąć tak przez miasto, a gdy coś nam wyjdzie lub będziemy zmuszeni do hamowania to też nie ma paniki- z przodu duża tarcza hamulcowa w połączeniu z tylną( ale już mniejszą) zatrzymują KTM bardzo szybko. Jak już byliśmy przy prędkości maksymalnej to okolice 130 kmh w moim egzemplarzu były osiągalne i dało się tą prędkość osiągnąć bez problemu w miejskim otoczeniu. Ze świateł na przyśpieszenie mało kto miał możliwość nawiązać walkę, bo prędkość 100kmh pojawiała się w okolicach 6-7 sekund.
Jazda po zakrętach to również frajda dzięki drogowym oponom. Miałem okazje kilka razy jeździć za mocniejszymi motocyklami i tak jak na prostych oczywiście mi uciekały, tak na zakrętach bez problemu je doganiałem. Nie zależy również zapominać, że dużo zależy od kierowcy. Tutaj mogę przytoczyć zajście gdy jadąc za starą cbr 1000 kierowcy tak siadłem na ambicję, że jeden zakręt prawie przestrzelił i odbił się od krawężnika prawie się wywracając. Wiem, że to paskudnie się śmiać z nieszczęścia innych, ale banan z twarzy nie schodził mi przez dłuższy czas.
Reasumując z KTM-a byłem bardzo zadowolony ponieważ na moje potrzeby czyli tylko i wyłącznie jazda po mieście nie ma lepszego środka transportu. Nawet jeśli nie dało się przejechać drogą to można było chodnikami, terenami zielonymi, a przy okazji dawało to mnóstwo frajdy i żal było kończyć jazdę.
KTM Stinga polecam osobom, które chcą się nauczyć jeździć na motorze i w przyszłości myślą o jeździe czymś mocniejszym, ponieważ dynamika jako taka już jest, a zabić się na nim bardzo ciężko.